Rozdział czwarty: The Never-Ending Why

Dzień wcześniej


        Sherlock nerwowo chodził po pokoju w oczekiwaniu na Mycrofta, który w końcu wszedł do salonu. Spokojnie zdjął z siebie płaszcz i odwiesił go na wieszak.
   - Masz to, co chciałem? - zapytał młodszy z braci.
   - Mam – odpowiedział starszy Holmes.
   - Dawaj! - krzyknął zniecierpliwiony Sherlock.
   - Nie mogę dać ci do ręki tajnych dokumentów.
   - Ależ oczywiście, że możesz!
   - Nie, Sherly. Mogę ci je co najwyżej przeczytać.
   - Czytaj... - powiedział szatyn i zrezygnowany usiadł w fotelu.
Mycroft otworzył powoli teczkę, przewrócił kartkę i usiadł naprzeciw swojego brata.
   - Catherine Catie Wlodnawsky. Dwadzieścia pięć lat, wzrost raczej jest tu mało istotny. Stan cywilny: nie znany, żyjący członkowie rodziny: nie znani. Z wykształcenia inżynier bezpieczeństwa systemów komputerowych. Hobbystycznie snajper, płatny zabójca, haker. Słynna z wielokrotnych włamań do systemów komputerowych wielkich korporacji. Mieszka sama, w wynajmowanym apartamencie. Od niedawna posiada psa, reszta danych tajna.
   - Polka? - Sherlock przerwał mu swoim pytaniem.
   - Nie wiadomo. Nazwisko może sugerować nie-brytyjskie pochodzenie, ale sądząc po jej akcencie i ogóle bycia wygląda na rodowitą Brytyjkę.
   - Pozory mylą...
   - Jak już wspominałem nic nie wiadomo o jej relacjach uczuciowych. Męża, narzeczonego, czy chłopaka chyba nigdy nie miała. Swoje uczucia skrycie ukrywa, nie wiadomo czy posiada słaby punkt. Uwielbia włoskie jedzenie. Często chodzi do kina i do teatru. Nic nie wiadomo o posiadanych przez nią znajomych czy przyjaciół. Potrafi grać na skrzypcach, pianinie i ludzkich nerwach. To tyle z informacji, które mogę ujawnić.
Sherlock wstał z fotela i zamyślony podszedł do okna.
   - Te informacje za wiele mi nie dają – powiedział po chwili. - Dlaczego ją wybrałeś do pomocy?
   - Bo jest najlepsza. I taka jak ty.
   - Nikt nie jest taki jak ja, Mycroft! - warknął młody Holmes. - NIKT! To, że jest ponad przeciętnie inteligentna, nie ma nikogo bliskiego i jest aspołeczna nie oznacza, że jest taka jak ja!
Starszy Holmes wstał z fotela i ubrał płaszcz.
   - Porozmawiamy, gdy skończysz okazywać w taki sposób swoje humory.
Wyszedł i zatrzasnął za sobą drzwi.

~*~

   - Jesteś pewna? - głos Sherlocka wyrwał mnie z zamyślenia.
   - Czego? - zapytałam.
   - Tego, że chcesz tam wejść ze mną.
   - Jestem lepszym strzelcem od ciebie. I z nas dwojga, to ja mam kamizelkę kuloodporną.
Gdy wysiadaliśmy przy basenie, wśród wszystkich panowała napięta atmosfera. Lestrade ustalał jakieś szczegóły z jednostką specjalną. Po kilku minutach razem z Sherlockiem weszłam na basen. Światła paliły się, lecz panował ogólny spokój.
   - Wciąż nie zadzwoniłeś – głos rozszedł się po całym budynku.
Holmes zaśmiał się pod nosem.
   - Złapię cię później, co? - sięgnął powoli po pistolet.
Po basenie rozszedł się śmiech Moriartego.
   - Cóż... nie sądzisz, że czas znów się zabawić? - Moriarty wyszedł powoli zza filaru.
Jego wzrok utkwił na mnie. Powoli wciągnął powietrze. Sherlock spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. Jim zrobił kilka kroków naprzód.
   - Nigdy nie pomyślałbym, że kumplujesz się z wielkim Holmesem, moja droga – powiedział spokojnie.
   - Nigdy nie pomyślałabym, że zostaniesz psychopatycznym mordercą, skarbie – uśmiechnęłam się sarkastycznie.
On klasnął w dłonie. Po czym wymierzył w nas pistolet.
   - Co u ciebie skarbie? - zapytał - Oprócz... obecnego stylu życia.
   - Po staremu. Kupiłam sobie psa – odpowiedziałam.
   - Ten uroczy słodziak jest twój? Oooo. Myślałam, że wyprowadzasz go tylko na spacer.
   - Niestety Jimmy, jest mój – podeszłam do niego bliżej. - Musiałam jakoś zastąpić pustkę.
   - Zabijanie ludzi nie jest najlepszym rozwiązaniem, w obecnej sytuacji – spojrzałam mu w oczy.
   - Oh, skarbie. Ludzie umierają... WSZYSCY TO ROBIĄ! - wrzasnął, po czym słodko się uśmiechnął.
   - Ludzkie serce z technicznego punktu widzenia nie jest najlepszą popielniczką – wymierzyłam w niego swoją broń.
   - Pistolety, pistolety... CZEMU WY WSZYSCY CHCECIE MNIE ZABIĆ?!
   - Bo jesteś psychopatą – wtrącił Sherlock.
   - Ach, bycie żywym... jest takie nudne – westchnął Jim, po czym zrobił szybki krok do przodu i przyciągnął mnie do siebie.
Objął mnie jedną ręką, drugą wciąż celując w Sherlocka. Spojrzał mi głęboko w oczy.
   - Catie, moja Catie... nie zmieniłaś się od tamtego czasu. Pomijając kolor twoich włosów, wciąż widzę w twoich oczach to samo pożądanie, co wtedy. Lecz teraz pożądasz kogoś zupełnie innego, ale mi to zupełnie nie przeszkadza.
W jednej chwili jego usta znalazły się na moich. Sposób w jaki Jim Moriarty całował był wprost nie do opisania. W ruchach jego ust można było znaleźć wiele emocji, przewodnią zaś było niepohamowane pożądanie. Przycisnął mnie mocniej do siebie.
  - Jeśli chciałaś się z nim całować trzeba było umówić się na randkę – Holmes syknął gniewnie. - Najpierw zadanie do wykonania, potem reakcje chemiczne.
  - On pocałował mnie pierwszy! - powiedziałam, powtórnie mierząc w morderczego psychopatę.
Obaj mężczyźni przewrócili oczyma.
   - Zakładam, że Catie nie opowiedziała ci o swojej ciekawej przyszłości. Cóż, zapytaj ją o to kiedyś – Moriarty uśmiechnął się szeroko.
  - Jeśli myślisz, że z tego wyjdziesz cało – powiedział i przycisnął mocniej palec do spustu pistoletu – to jesteś w dużym błędzie.
  - Myślisz, że jesteś bystrzejszy, bo przed budynkiem znajduje się kawaleria większej części tego kraju? Myślisz, że jesteś lepszy, bo za kompana masz najlepszą snajperkę jaką zna obecne stulecie? Wy wszyscy macie słabe punkty, dobrze o tym wiesz - Jim zaczął spokojnym krokiem chodzić w kółko. - Pamiętasz jak to było z Magnussenem? Oczywiście, że pamiętasz. On nie wyszedł z całej sytuacji żywo. Więc nie liczcie na to - po basenie rozszedł się głuchy odgłos kliknięcia – że i wy wyjdziecie stąd żywi.
        Pod nasze nogi potoczył się granat przeciwpancerny. W jednej chwili złapałam Sherlocka za ramię i pociągnęłam go za sobą do basen. Zanim wpadliśmy do wody zdążyliśmy usłyszeć jeszcze śmiech Moriartego roznoszący się po całym basenie. Potem nastąpił potężny wybuch. Sufit basenu zapadł się do wewnątrz. Co większe jego odłamki wpadły do wody. Staraliśmy się ich unikać, jeśli to było tylko możliwe. Po kilku minutach, gdy pył z gruzów już opadł, wypłynęłam na powierzchnię. Rozejrzałam się wokół – nigdzie nie mogłam znaleźć Sherlocka. Wzięłam więc głęboki oddech i zanurkowałam w wodę czarną od pyłu i pełną odłamków betonu. Ledwo żywy Holmes leżał na samym dnie. Objęłam go mocno ramionami i wypłynęłam tym razem wraz z nim. Położyłam go delikatnie na brzegu basenu, a raczej na tym, co z niego zostało – a był to wielki krater, z resztką wody pośrodku i nocnym niebem powyżej. Szatyn nie oddychał. Przystąpiłam do resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Resztką sił jaką jeszcze posiadałam, uciskałam jego klatkę piersiową tuż poniżej mostka.
   - Holmes, do jasnej cholery! - krzyknęłam.
Po moim policzku powoli spłynęła pojedyncza łza. Bezsilnie próbowałam przywrócić go do życia. Przy kolejnym wdechu wdmuchiwanym w jego usta, poczułam czyjąś dłoń zaciskającą się na moim nadgarstku. Odskoczyłam do tyłu przestraszona tym faktem. Zachwiałam się i wpadłam do wody.
Następną rzeczą jaką pamiętam była ciemność.

Rozdział trzeci: Devil In the Details

        Był środek nocy. Za oknem lał deszcz, a ja siedziałam w fotelu na Baker Street. Sherlock nerwowo chodził po pokoju, a ja powoli sączyłam herbatę z porcelanowej filiżanki.
   - To zastanawiające – zaczął szatyn – skąd tak wiele wiesz o Moriartym.
   - Mówiłam ci już. Miałam okazję go kiedyś poznać – odłożyłam filiżankę na stolik.
Wstałam z fotela i wzięłam do ręki laptopa Sherlocka.
   -  Co robisz? - warknął – Myślisz, że uda ci się na niego włamać?
Obróciłam komputer i pokazałam mu jego własny pulpit.
   -  Cóż za urocza tapeta powiedziałam. Redbeard, jak mniemam? Tak się chyba wabił.
Spojrzał na mnie gniewnie i wyrwał mi komputer z rąk.
   -  Nie tak ostro, mój drogi Holmesie – złapałam go za rękę.
   - Nie mów do mnie takim tonem.
   - A jaki wolisz? Może taki – zamruczałam mu wprost do ucha.
Jego policzki zalały się purpurą, a on sam uciekł do kuchni.
   - Och Sherlock, Sherlock – rozłożyłam się wygodnie na kanapie. - Jesteś mężczyzną. Nie ma się czego wstydzić.
Z kuchni dobiegł mnie jego szaleńczy śmiech. Wrócił on do kuchni z laptopem pod pachą. Przysunął sobie fotel i usiadł naprzeciwko mnie.
   - Miłość, to tylko zbiór reakcji chemicznych. Pożądanie nie istnieje, a ludzie udają, że kogoś kochają, bo tak jest łatwiej. Gdy powiesz zwykłe „kocham cię” wiele spraw załatwisz szybciej, niż bez tych dwóch słów. Które zresztą i tak nic nie znaczą.
Roześmiałam się. Nachyliłam się do przodu i zbliżyłam się do szatyna.
   - Kochałeś kogokolwiek? Odpowiedź jest pewnie prosta. „Nie”. A co z Janine? Zdobyłeś jej serce i zabawiłeś się nim tylko po to, aby rozwiązać kolejną sprawę. Przecież TY taki jesteś, wielki Sherlock Holmes, detektyw – konsultant. Nie zauważasz najprostszych znaków. Pewnie nigdy nie było dane ci zauważyć jak Molly na ciebie patrzy. Pewnie nigdy nie zauważyłeś jej maślanych oczu wbitych w ciebie już, gdy przekraczasz próg jakiegokolwiek pomieszczenia, w którym ona aktualnie się znajduje. Jesteś pieprzonym egoistą, drogi Sherlocku. Czasem rozejrzyj się dookoła i zobacz, że dla kogoś jesteś najważniejszy.
Zerwałam się z fotela, wymierzyłam mu siarczysty policzek i wybiegłam z kamienicy trzaskając za sobą drzwiami.

~*~

        Deszcz lał się strumieniami po szybie. Kropla goniła kroplę po uprzednio wytyczonej ścieżce. Pokój oświetlało światło bijące od monitora. Siedziałam skulona na krześle z kubkiem gorącej herbaty w ręce, przeszukując wszelkie bazy danych w poszukiwaniu jakichkolwiek okruszków informacji zostawionych przez Moriartego. Nagle mój telefon zawibrował. Był to sms:
Przepraszam.
SH
   - Trochę za późno – powiedziałam na głos.
Wstałam od komputera i szybkim ruchem otworzyłam drzwi do mieszkania. Na progu kucał Sherlock usiłując otworzyć je wytrychem.
   - Wystarczyło zapukać – gestem dłoni zaprosiłam go do środka.
Wszedł niepewnie do środka. Rozglądał się dookoła, jakby oglądał wystawę w National Gallery.
   - Spokojnie, nie zastawiłam na ciebie żadnej pułapki – zaśmiałam się.
Zamknęłam drzwi, a on usiadł na kanapie.
   - Lestrade ma jakiś trop. Chce żebyśmy przyjechali.
   - My? - zapytałam zdziwiona. - Cóż.
Wzięłam torebkę i udałam się za Sherlockiem. Zamykając drzwi od mieszkania zauważyłam czerwony ślad na jego policzku.
   -  Nie chciałam tak mocno – powiedziałam, dotykając jego twarzy.
   -  Nie szkodzi – uśmiechnął się niepewnie.
Złapał szybko jakąś taksówkę i już po kilku minutach byliśmy w Scotland Yardzie. Panowała w nim napięta atmosfera. Wszyscy za wszelką cenę chcieli dopaść Jima. Nie dziwiłam im się, gdybym tylko dopadła go w swoje ręce...
   - Och, Catie - głos Grega wyrwał mnie z zamyślenia. - Jednak współpracujesz z Sherlockiem?
   - Jakoś tak wyszło - uśmiechnęłam się do niego.
Brunet wrócił do nerwowego przerzucania sterty papierów, która znajdowała się na jego biurku. Holmes zaś stukał zdenerwowany w klawiaturę komputera stojącego pod oknem. Do biura weszła szatynka z długimi kręconymi włosami. Podała Lestradowi kolejne papiery.
   - Co tu robisz, dziwaku? - skierowała pytanie do Sherlocka.
   - Rozwiązuję sprawę. Wyjdź stąd, źle mi się myśli, gdy jesteś w pobliżu - ruchem ręki wskazał jej drzwi.
Ona tylko westchnęła i wyszła, trzaskając za sobą drzwiami.
   - Chyba jestem dziś niewidzialna - powiedziałam sama do siebie.
Ciszę przerwał przenikliwy dźwięk telefonu młodego Holmesa.
   - Tak? - powiedział do słuchawki.
Jego twarz zmroziło przerażenie. Po chwili rozłączył się i zwrócił się do nas.
   - To Moriarty. Chce się spotkać. Na basenie.
Przerażony Lestrade chwycił za telefon.
   - Wszystkie jednostki na basen - warknął do telefonu, po czym szybko rozłączył się.
Wybiegliśmy szybko z budynku i wsiedliśmy do czarnego SUVa, który po nas podjechał. Greg wręczył mi kamizelkę kuloodporną.
   - Mamy jakiś plan? - zapytał.
   - Nie dać się zabić - odpowiedziałam.
Noc w Londynie rozświetliły światła policyjnych kogutów.

Rozdział drugi: Ashtray Heart

        Był późny wieczór, gdy młoda kobieta przedzierała się przez moczary, aby dostać się na wrzosowisko. Swoją motorówką płynęła powoli, bez pośpiechu. W powietrzu unosiła się gęsta mgła, która zasłaniała wszystko, co znajdowało się przed jej łodzią. Było już dosyć chłodno, więc dziewczyna narzuciła na siebie koc. Spojrzała na zegarek. Było już grubo po pierwszej w nocy, a ona jest już lekko spóźniona. Włączyła większe obroty w silniku. Przyśpieszyła i była już blisko brzegu, lecz nagle silnik stanął, a jej łodzią dość mocno zachwiało. Prawie wpadła do wody, ale w ostatniej chwili zdążyła złapać się dłonią burty. Lekko przestraszona pozbierała swoje rzeczy rozsypane po pokładzie. Zauważyła, że brakuje jej torebki. Spojrzała w bok. Unosiła się ona na powierzchni wody. Trzymając się brzegu łodzi wychyliła się za niego i próbowała jej dosięgnąć. Bezskutecznie. Torebka odpłynęła jeszcze dalej. Zanim zdążyła z powrotem bezpiecznie znaleźć się w łodzi, nagle coś wciągnęło ją pod powierzchnię moczar. Nie zdążyła nawet krzyknąć. Nie było już po niej żadnego śladu.

~*~

        Był już poranek, gdy zjawiłam się na Baker Street zmuszona do tego telefonem od Mycrofta. Już od progu radośnie powitała mnie gospodyni Sherlocka, pani Hudson. Była przemiłą staruszką z dosyć... kolorową przeszłością.
   - A któż to? - powiedziała uradowana na widok szczeniaka śpiącego w moich objęciach.
   - A to jest Boo. Mój przyjaciel – delikatnie pogłaskałam go po głowie. - Nie miałam z kim zostawić, więc będzie mi dziś towarzyszył.
   - Och, ale przecież możesz zostawić go u mnie! Nie mów nie. W końcu będę miała kompana do wspólnych zabaw – puściła do mnie oko.
Zaśmiałam się. Weszliśmy do holu. Z piętra dało się słyszeć melancholijne granie na skrzypcach.
   - To Sherlock. Od dłuższego czasu jest jakiś nie swój.
Uśmiechnęłam się do siebie. To pewnie przeze mnie – pomyślałam.
   - Cóż, dziękuję pani. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, to podrzucę do pani Boo.
   - Ależ nie ma sprawy, kochanieńka! - pani Hudson przytuliła mnie.
Pożegnałam się z nią i pobiegłam na górę. Weszłam do salonu. Sherlock stał tyłem do mnie i grał jakąś smętną melodię na swoich skrzypcach.
   - Co cię trapi, detektywie? - zapytałam, siadając na fotelu naprzeciw niego.
   - Detektywie konsultującym – burknął. - Nic mnie nie trapi.
Odwrócił się do mnie przodem, odłożył skrzypce na biurko, po czym spojrzał na Boo.
   - Twój?
   - Mój – odpowiedziałam.
Podszedł bliżej i delikatnie pogłaskał szczeniaka.
   - Uroczy – zamyślił się na moment. - Też kiedyś miałem psa.
   - Wiem.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
   - Skąd?
   - Mam swoje źródła – uśmiechnęłam się do niego.
On usiadł naprzeciwko mnie i złożył ręce jak do modlitwy.
   - Więc – zaczął – masz szczeniaka, strzelasz jak prawdziwy zawodowiec, mieszkasz sama, palisz, nie masz nikogo, jesteś aspołeczna i nie masz przyjaciół. Kim ty jesteś.? - pochylił się do przodu.
   - Jestem podobna do ciebie – powiedziałam, kładąc mu rękę na kolanie.
   - Nikt nie jest do mnie podobny.
   - Uwierz, zdziwiłbyś się. Jest wiele osób takich jak my.
   - Oczywiście – zerwał się z siedzenia i ruszył do okna.
        Boo przebudził się, więc postawiłam go na ziemię, aby mógł trochę pozwiedzać. Ja uczyniłam to samo. Salon Sherlocka był dość przytulny. Nie było w nim za dużo miejsca, ale nie był też klaustrofobicznie urządzony. Wszędzie na podłodze były porozrzucane różne książki. Na stole w kuchni stał zaś zestaw laboratoryjny. A w lodówce pewnie trzyma ludzką głowę i oczy, do eksperymentów – pomyślałam. Po chwili drzwi otworzyły się, a do salonu wszedł niski mężczyzna.
   - Och, John. Co ty tu tak w ogóle robisz? - Sherlock podszedł do niego.
   - Przyszedłem w odwiedziny. O, a to kto? - spojrzał na mnie. - Czyżbyś-
   - Nie – Sherlock uciął mu w połowie zdania. - To Catie, nie łączy nas nic, oprócz pracy.
   - Wielki Sherlock Holmes z kimś współpracuje! I to w dodatku kobieta.
Zaśmiałam się. Podeszłam do niego i podałam mu rękę.
   - Catie – powiedziałam.
   - John – uśmiechnął się.
Za nim do pokoju weszła równie niska blondynka. O boże...
   - Och, a to moja żona-
   - Mary – dokończyłam za niego.
Sherlock i John wpatrywali się w siebie kompletnie zdziwieni zaistniałą sytuacją.
   - Wy się znacie? - zapytał szatyn.
   - Poznałyśmy się – powiedziałam.
   - Kiedyś – dodała Mary.
   - W sklepie – dokończyłam.
   - Tak tak, w sklepie – Mary przytaknęła.
Młody Holmes nie przestawał się we mnie wpatrywać. Był święcie przekonany, że cokolwiek odczyta z mojej twarzy, lecz moja mistrzowska pokerowa twarz niczego nie zdradziła. Staliśmy tak chwilę w milczeniu. Boo podszedł do Sherlocka i oparł przednie łapki o jego nogę, i zadziornie na niego szczeknął. Szatyn kucnął i zaczął bawić się ze szczeniakiem. Wziął go na ręce i przycupnął z nim na fotel. John westchnął i poszedł do kuchni. Mary zmęczona staniem usiadła na kanapie.
   - Polubił cię – powiedziałam siadając koło fotela.
Boo polizał Sherlocka po twarzy.
   - Co? - zapytał, próbując powstrzymać śmiech.
   - Mówię, że cię polubił. On jest wybredny jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie; zupełnie jak ja. W tym pokoju jest tyle osób, a on podszedł właśnie do ciebie. To coś znaczy.
   - Świat jest zbyt leniwy na przypadki – powiedział, spoglądając w moje oczy.
   - Jesteś po stronie aniołów, lecz nie jesteś jednym z nich. Zupełnie jak ja.
Delikatnie dotknęłam dłonią jego policzka. On błyskawicznie wstał z fotela, położył na niego Boo, wziął skrzypce i podszedł do okna. Znów zaczął grać smętną melodię, którą grał, gdy wchodziłam na piętro. Już chciałam coś powiedzieć, lecz do salonu wpadł wysoki i przystojny brunet z rozwianymi włosami.
   - Lestrade, czyżby nowa sprawa? - zapytał Holmes.
   - Coś idealnego dla ciebie – powiedział.
Brunet spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
   - Catie, mam rację? - wyciągnął do mnie rękę.
   - Dokładnie – odwzajemniłam jego uśmiech i ścisnęłam jego dłoń.
   - Jak widzę mój braciszek już zdążył cię poinformować, że mamy dodatkowy balast, Gavin.
   - Greg. Kiedy w końcu się nauczysz?
   - Mniejsza o to – odłożył skrzypce. - O co chodzi?
   - Musisz to zobaczyć osobiście. Trudno to... opisać.

~*~

        Jazda na miejsce zbrodni ciągnęła się niemiłosiernie długo. Boo został z panią Hudson, gdyż pomimo szkolenia wciąż był za mały, aby przebywać na jakimkolwiek miejscu zbrodni. Po kilku cholernie długich godzinach jazdy byliśmy już na miejscu. Były to moczary znajdujące się przed wrzosowiskami. Wsiedliśmy na łódź, a Sherlock co chwilę nerwowo zerkał w telefon. Gdy w końcu dopłynęliśmy do przeciwnego brzegu, naszym oczom ukazały się rozległe pola pełne wrzosów. Był to naprawdę piękny widok. Lestrade prowadził nas w głąb fioletowego morza kwiatów. Po chwili przystanęliśmy.
   - Rzeczywiście Greg – zaczęłam. - to trudne do opisania.
Przed nami leżały szczątki kobiety, a raczej to, co z nich zostało. Poszłam dalej, w głąb miejsca zbrodni. Tuż przed czubkami moim wojskowych butów leżało serce. Ktoś użył go jako popielniczki – było w nim pełno niedopałków. Ubrałam lateksowe rękawiczki, które podał mi Greg. Delikatnie wzięłam serce do ręki i obróciłam je. Na lewej komorze za pomocą papierosów zostały wypalone inicjały. Były to litery J i M.

Rozdział pierwszy: Scene Of A Crime

        Był szarawy poniedziałkowy poranek, gdy Mycroft podjechał pod mój apartament swoim czarnym wozem i kazał mi udać się wraz z nim. Okazało się, że pojechaliśmy do szpitala St. Barts. Po szybkiej jeździe windą znaleźliśmy się w kostnicy, w której była już jakaś rozmawiająca ze sobą parka. Kobieta – Molly, o której z rozmów z Mycroftem wiedziałam tyle, że była patologiem sądowym – miała brązowe włosy związane w kitka i ubrana była w standardowy biały kitel lekarski. Zaś obok niej stał mężczyzna z burzą czarnych loków na głowie. Pomimo, że był odwrócony do nas tyłem, zdążyłam zauważyć, że trzyma w dłoni szpicrutę.
   - Mój drogi Sherlocku... - zaczął M.
   - Mycroft? Nigdy nie pomyślałbym, że spotkamy się kiedykolwiek w kostnicy – szatyn uśmiechnął się ironicznie. - A to kto? - zapytał, podchodząc do nas bliżej.
Gdy stanął naprzeciw mnie, byłam w stanie mu się bliżej przyjrzeć. Był to wysoki, szczupły facet, z wcześniej wspomnianą burzą loków na głowie i oczami w kolorze wszelkich oceanów świata, w których z chęcią dałabym się utopić.
   - To jest Catie. - powiedział starszy z braci Holmesów.
   - Catie, hmm... - Sherlock zaczął uważnie mi się przyglądać.
   - Nie, tak, pół paczki dziennie, tak, tak, wabi się Boo – szatyn spojrzał na mnie ze zdziwieniem. - To tak ubiegając twoje pytania.
   - Skąd wiedziałaś o co chcę zapytać? - był zaskoczony moimi odpowiedziami.
   - Cóż, kobieca intuicja – puściłam do niego oko.
Podeszłam do Molly.
   - Więc... co jest aż tak ciekawe, że sam szef się po mnie fatygował? - zagadnęłam do niej.
   - SZEF? - Sherlock spojrzał na Mycrofta.
On tylko poprawił uchwyt dłoni na parasolce i zbliżył się do stołu autopsyjnego.
   - Ekhem... mężczyzna, 45 lat – powiedziała Molly odsłaniając zwłoki.
Moim oczom ukazał się owy mężczyzna w pierwszym stadium stężenia pośmiertnego.
   - Jest dosyć podziurawiony. Trafiło go ponad sto pocisków z karabinu snajperskiego – kontynuowała patolog.
   - Ja na całe szczęście strzelam celniej – uśmiechnęłam się do siebie pod nosem.
   - Strzelasz? - zapytał zaciekawiony Sherlock.
   - Pewnie nie zauważyłeś, ale mam wciąż na dłoniach ślady prochu po dzisiejszej wizycie na strzelnicy. Moja celność wynosi sto procent.
   - Jesteś tego, aż tak bardzo pewna?
   - Ależ oczywiście – odparłam.
Sherlock sięgnął do kieszeni i rzucił pod sufit funciaka. W ułamku chwili sięgnęłam za pasek od spodni, za którym schowany miałam mój pistolet i jednym strzałem przedziurawiłam monetę, po czym złapałam ją w dłoń.
   - Już to gdzieś widziałem... - odparł Sherlock przyglądając się monecie leżącej na mojej dłoni.
   - Niewiele osób tak potrafi – uśmiechnęłam się.
On przykrył moją dłoń wierzchem swojej i spojrzał mi w oczy. Te magnetycznie niebieskie oczy miały coś w obie. On cały miał coś w sobie. Musnęłam jego dłoń swoją, po czym zwróciłam się do Molly.
   - Oglądałaś jego plecy?
   - Słucham? - zapytała, jak gdyby wyrwana z transu.
   - Pytałam, czy oglądałaś jego plecy.
   - Nie zdążyłam, bo Sherlock przyszedł – uśmiechnęła się lekko.
Nałożyła na ręce lateksowe rękawiczki i delikatnie obróciła ciało mężczyzny. Po twarzy Sherlocka przebiegł straszliwy uśmiech.
   - Jimmy – powiedziałam. - Że też dalej jest w zabójczej formie.
   - Jimmy? - Sherlock spojrzał na mnie.
   - J.M. Nie kto inny jak Jimmy. Albo Jim Moriarty, jak kto woli. Chyba, że to jakikolwiek inny J.M., który bawi się w wypalanie strzałami z bliska swoich inicjałów na plecach ludzi.
Detektyw był lekko zmieszany.
   - Ty go znasz?
   - Znam. Grono geniuszy komputerowych jest dosyć małe.
Wsadziłam dziurawego funta do kieszeni swojej marynarki, po czym wyjęłam my z ręki szpicrutę.
   - Ten oto denat – wskazałam na zmarłego szpicrutą używając jej jako wskaźnika – musiał nieźle zajść za skórę Jimowi, gdyż ten zrobił z niego najzwyklejszy durszlak. Więc. Mamy dwie możliwe hipotezy. Pierwsza: denat współpracował z J.M., lecz nie wywiązał się z postawionych mu warunków i skończył jako ozdoba dna sadzawki lub druga hipoteza: denat napatoczył się wyżej wymienionemu J.M i skończył jak w hipotezie numer jeden.
Sherlock powoli domknął otwarte usta.
   - Skąd wiesz, że znaleziono go w sadzawce?
   - Och, to proste – odparłam – jest pokryty delikatną warstwą mułu, którego odcień świadczy o występowaniu w płytkich zbiornikach wodnych. Dodam także, że po stopniu zniszczenia nadgarstków, kości kilku palców i deformacji kręgosłupa denat był informatykiem w jakiejś wielkiej korporacji. Po z tym twój szanowny brat opowiedział mi o twoich porachunkach z Moriartym.
   - MYCROFT! - młodszy Holmes fuknął na niego.
   - Jeśli ma z nami, a konkretniej z TOBĄ współpracować, to raczej musi wiedzieć parę rzeczy. Nie sądzisz, braciszku?
   - Ona ma ze MNĄ współpracować?! - krzyknął oburzony szatyn.
   - Nie martw się, nigdy nie zostanę królową dedukcji – powiedziałam, muskając delikatnie szpicrutą jego policzek.

On zaczerwienił się, wyrwał mi ją z ręki, po czym postawił kołnierz swojego płaszcza i szybkim krokiem opuścił prosektorium. To będzie bardzo owocna współpraca, panie Holmes - pomyślałam i uśmiechnęłam się sama do siebie.

Prolog: Special Needs

       Czy jestem psychopatą? Zdawałam sobie to pytanie wiele razy. Zabijanie ludzi nie sprawia mi większej przyjemności, niż jedzenie ulubionego smaku lodów. Robię to, bo muszę. Bo taką mam pracę. Pociąganie za spust jakiejkolwiek broni, która przewija się przez moje ręce, jest niczym innym jak kolejnym zadaniem, które muszę wykonać. Praca dla M. wiąże się z ciągłym byciem w ruchu. Bycie wolnym strzelcem nigdy jakoś specjalnie mnie nie pociągało. Wolę pracować dla kogoś. Tak jest zdecydowanie łatwiej. Masz stałe zajęcie, stały zarobek - plus oczywiście premie za „brudniejszą” robotę. Pomijam fakt posiadania apartamentu w samym sercu Londynu i kilku innych udogodnień.
       Kiedyś pewna osoba, której mierzyłam między oczy z Walthera PPK, zapytała mnie co czuję zabijając. Odparłam, że zabijam tylko ludzi. Innych zwierząt nie krzywdzę. I definitywnie nie czuję wtedy nic.
Ludzie, pomimo posiadanego rozumu i wykształconej wolnej woli, w niektórych sytuacjach są gorsi od jakiegokolwiek zwierzęcia zamieszkującego naszą planetę. Pomimo tego, że potrafią kochać drugą osobę są zawistni, niemiłosierni, nie potrafią współczuć. Żyjąc w społeczeństwie musimy wybierać: albo się dopasujemy do ogółu, albo zginiemy próbując. I skończymy jako najgorsze wyrzutki, jako plama na nieskazitelnie czystej płachcie naszej społeczności.
       Przeszłam wiele w swoim życiu. Wylałam wiele łez. Czasami dziwiłam się sama sobie, że pomimo wszystkich kłód jakie rzucało mi pod nogi życie dałam radę iść naprzód i jestem teraz tym, kim jestem. Nie uważam się za boga, kwestionuję nawet jego istnienie. Nie przynoszę światu oczyszczenia, ja po prostu sprzątam ludzkie błędy. Sama nie jestem ideałem, wciąż noszę na sobie ślady moich wszystkich błędów jakie popełniłam wciągu mojego życia. M. nie ocenia mnie tak jak większość ludzi to robi – patrząc na to, co z wierzchu – on widzi więcej niż inni ludzie. Nie ma jakiegoś szóstego zmysłu, nie jest też jasnowidzem. On jest po prostu taki jak ja on patrzy na ludzi zupełnie inaczej.

~*~

       Z zamyślenia wyrwał mnie ostry głos dobiegający z bezprzewodowej słuchawki znajdującej się w moim uchu:
   - C. twój cel. Dwieście metrów na północny wschód.
   - Widzę go. Co z wiatrem? - zapytałam.
   - Jak na razie jest spokój, nie wieje – odparł głos.
Z czarnej limuzyny wyłoniła się smukła postać. Był to wysoki brunet, około dwóch metrów wzrostu. W jego ramionach znajdował się roczny szczeniak rasy boxer w ciemnobrązowym umaszczeniu, z białą sierścią w okolicach łapek i brzucha. Trzymał go mocno za kark, chociaż piesek szamotał się i bezskutecznie próbował go ugryźć. Gdy odsunął go momentalnie od siebie, wzięłam głęboki wdech i nacisnęłam na spust. Mężczyzna upadł na ziemię, a szczeniak wypadł mu z rąk i wpadł w miękkie źdźbła wysokiej trawy. Podniosłam się sprawnie z pozycji w której leżałam, schowałam karabin do pokrowca i ruszyłam na dół magazynu, na którego dachu się teraz znajdowałam. Ze zwinnością godną antylopy pokonywałam kolejne schodki i po krótkiej chwili byłam już na parkingu przed budynkiem. Wrzuciłam broń do bagażnika i szybko pobiegłam do miejsca, w którym upadł szczeniak. Stał tam M. wtulając pieska w poły swojej marynarki.
   - Boo! - wyciągnęłam do niego ręce. M oddał mi psiaka. Ten zamerdał ogonem i polizał mnie radośnie po twarzy.
   - Czemu jest taki cenny? - zapytał
   - Jest moim jedynym przyjacielem.
Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie. Postawił kołnierz swojej marynarki i powoli udał się w stronę swojego samochodu.
   - Mogę o coś zapytać?
On odwrócił się i spojrzał na mnie.
   - M. to skrót od? - postawiłam Boo na ziemię.
   - Mycroft – odpowiedział.
Zamachał parę razy trzymaną w ręku parasolką i zniknął za zakrętem.