Dzień wcześniej
Sherlock nerwowo chodził po pokoju w oczekiwaniu na Mycrofta, który
w końcu wszedł do salonu. Spokojnie zdjął z siebie płaszcz i odwiesił go na wieszak.
- Masz to, co chciałem? - zapytał młodszy z braci.
- Mam – odpowiedział starszy Holmes.
- Dawaj! - krzyknął zniecierpliwiony Sherlock.
- Nie mogę dać ci do ręki tajnych dokumentów.
- Ależ oczywiście, że możesz!
- Nie, Sherly. Mogę ci je co najwyżej przeczytać.
- Czytaj... - powiedział szatyn i zrezygnowany usiadł w fotelu.
Mycroft otworzył powoli teczkę, przewrócił kartkę i usiadł
naprzeciw swojego brata.
- Catherine Catie Wlodnawsky. Dwadzieścia pięć lat, wzrost raczej jest tu mało istotny. Stan cywilny: nie znany, żyjący
członkowie rodziny: nie znani. Z wykształcenia inżynier bezpieczeństwa systemów komputerowych. Hobbystycznie snajper, płatny zabójca,
haker. Słynna z wielokrotnych włamań do systemów komputerowych
wielkich korporacji. Mieszka sama, w wynajmowanym
apartamencie. Od niedawna posiada psa, reszta danych tajna.
- Polka? - Sherlock przerwał mu swoim pytaniem.
- Nie wiadomo. Nazwisko może sugerować nie-brytyjskie pochodzenie,
ale sądząc po jej akcencie i ogóle bycia wygląda na rodowitą
Brytyjkę.
- Pozory mylą...
- Jak już wspominałem nic nie wiadomo o jej relacjach uczuciowych.
Męża, narzeczonego, czy chłopaka chyba nigdy nie miała. Swoje
uczucia skrycie ukrywa, nie wiadomo czy posiada słaby punkt.
Uwielbia włoskie jedzenie. Często chodzi do kina i do teatru. Nic
nie wiadomo o posiadanych przez nią znajomych czy przyjaciół.
Potrafi grać na skrzypcach, pianinie i ludzkich nerwach. To tyle z
informacji, które mogę ujawnić.
Sherlock wstał z fotela i zamyślony podszedł do okna.
- Te informacje za wiele mi nie dają – powiedział po chwili. -
Dlaczego ją wybrałeś do pomocy?
- Bo jest najlepsza. I taka jak ty.
- Nikt nie jest taki jak ja, Mycroft! - warknął młody Holmes. -
NIKT! To, że jest ponad przeciętnie inteligentna, nie ma nikogo
bliskiego i jest aspołeczna nie oznacza, że jest taka jak ja!
Starszy Holmes wstał z fotela i ubrał płaszcz.
- Porozmawiamy, gdy skończysz okazywać w taki sposób swoje
humory.
Wyszedł i zatrzasnął za sobą drzwi.
~*~
- Jesteś pewna? - głos Sherlocka wyrwał mnie z zamyślenia.
- Czego? - zapytałam.
- Tego, że chcesz tam wejść ze mną.
- Jestem lepszym strzelcem od ciebie. I z nas dwojga, to ja mam kamizelkę kuloodporną.
Gdy wysiadaliśmy przy basenie, wśród wszystkich panowała napięta
atmosfera. Lestrade ustalał jakieś szczegóły z jednostką
specjalną. Po kilku minutach razem z Sherlockiem weszłam na basen.
Światła paliły się, lecz panował ogólny spokój.
- Wciąż nie zadzwoniłeś – głos rozszedł się po całym
budynku.
Holmes zaśmiał się pod nosem.
- Złapię cię później, co? - sięgnął powoli po pistolet.
Po basenie rozszedł się śmiech Moriartego.
- Cóż... nie sądzisz, że czas znów się zabawić? - Moriarty
wyszedł powoli zza filaru.
Jego wzrok utkwił na mnie. Powoli wciągnął powietrze. Sherlock
spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. Jim zrobił kilka kroków
naprzód.
- Nigdy nie pomyślałbym, że kumplujesz się z wielkim Holmesem,
moja droga – powiedział spokojnie.
- Nigdy nie pomyślałabym, że zostaniesz psychopatycznym mordercą,
skarbie – uśmiechnęłam się sarkastycznie.
On klasnął w dłonie. Po czym wymierzył w nas pistolet.
- Co u ciebie skarbie? - zapytał - Oprócz... obecnego stylu życia.
- Po staremu. Kupiłam sobie psa – odpowiedziałam.
- Ten uroczy słodziak jest twój? Oooo. Myślałam, że wyprowadzasz
go tylko na spacer.
- Niestety Jimmy, jest mój – podeszłam do niego bliżej. -
Musiałam jakoś zastąpić pustkę.
- Zabijanie ludzi nie jest najlepszym rozwiązaniem, w obecnej
sytuacji – spojrzałam mu w oczy.
- Oh, skarbie. Ludzie umierają... WSZYSCY TO ROBIĄ! - wrzasnął, po
czym słodko się uśmiechnął.
- Ludzkie serce z technicznego punktu widzenia nie jest najlepszą
popielniczką – wymierzyłam w niego swoją broń.
- Pistolety, pistolety... CZEMU WY WSZYSCY CHCECIE MNIE ZABIĆ?!
- Bo jesteś psychopatą – wtrącił Sherlock.
- Ach, bycie żywym... jest takie nudne – westchnął Jim, po czym
zrobił szybki krok do przodu i przyciągnął mnie do siebie.
Objął mnie jedną ręką, drugą wciąż celując w Sherlocka.
Spojrzał mi głęboko w oczy.
- Catie, moja Catie... nie zmieniłaś się od tamtego czasu.
Pomijając kolor twoich włosów, wciąż widzę w twoich oczach to
samo pożądanie, co wtedy. Lecz teraz pożądasz kogoś zupełnie
innego, ale mi to zupełnie nie przeszkadza.
W jednej chwili jego usta znalazły się na moich. Sposób w jaki Jim
Moriarty całował był wprost nie do opisania. W ruchach jego ust
można było znaleźć wiele emocji, przewodnią zaś było
niepohamowane pożądanie. Przycisnął mnie mocniej do siebie.
- Jeśli chciałaś się z nim całować trzeba było umówić się na randkę – Holmes syknął gniewnie. - Najpierw zadanie do wykonania, potem reakcje chemiczne.
- On pocałował mnie pierwszy! - powiedziałam, powtórnie mierząc w morderczego psychopatę.
- Jeśli chciałaś się z nim całować trzeba było umówić się na randkę – Holmes syknął gniewnie. - Najpierw zadanie do wykonania, potem reakcje chemiczne.
- On pocałował mnie pierwszy! - powiedziałam, powtórnie mierząc w morderczego psychopatę.
Obaj mężczyźni przewrócili oczyma.
- Zakładam, że Catie nie opowiedziała ci o swojej ciekawej
przyszłości. Cóż, zapytaj ją o to kiedyś – Moriarty
uśmiechnął się szeroko.
- Jeśli myślisz, że z tego wyjdziesz cało – powiedział i przycisnął mocniej palec do spustu pistoletu – to jesteś w dużym błędzie.
- Jeśli myślisz, że z tego wyjdziesz cało – powiedział i przycisnął mocniej palec do spustu pistoletu – to jesteś w dużym błędzie.
- Myślisz, że jesteś bystrzejszy, bo przed budynkiem znajduje się
kawaleria większej części tego kraju? Myślisz, że jesteś
lepszy, bo za kompana masz najlepszą snajperkę jaką zna obecne
stulecie? Wy wszyscy macie słabe punkty, dobrze o tym wiesz - Jim
zaczął spokojnym krokiem chodzić w kółko. - Pamiętasz jak to
było z Magnussenem? Oczywiście, że pamiętasz. On nie wyszedł z
całej sytuacji żywo. Więc nie liczcie na to - po basenie
rozszedł się głuchy odgłos kliknięcia – że i wy wyjdziecie
stąd żywi.
Pod nasze nogi potoczył się granat przeciwpancerny. W jednej
chwili złapałam Sherlocka za ramię i pociągnęłam go za sobą do
basen. Zanim wpadliśmy do wody zdążyliśmy usłyszeć jeszcze
śmiech Moriartego roznoszący się po całym basenie. Potem nastąpił
potężny wybuch. Sufit basenu zapadł się do wewnątrz. Co większe
jego odłamki wpadły do wody. Staraliśmy się ich unikać, jeśli
to było tylko możliwe. Po kilku minutach, gdy pył z gruzów już
opadł, wypłynęłam na powierzchnię. Rozejrzałam się wokół –
nigdzie nie mogłam znaleźć Sherlocka. Wzięłam więc głęboki
oddech i zanurkowałam w wodę czarną od pyłu i pełną odłamków
betonu. Ledwo żywy Holmes leżał na samym dnie. Objęłam go mocno
ramionami i wypłynęłam tym razem wraz z nim. Położyłam go
delikatnie na brzegu basenu, a raczej na tym, co z niego zostało – a
był to wielki krater, z resztką wody pośrodku i nocnym niebem
powyżej. Szatyn nie oddychał. Przystąpiłam do resuscytacji
krążeniowo-oddechowej. Resztką sił jaką jeszcze posiadałam,
uciskałam jego klatkę piersiową tuż poniżej mostka.
- Holmes, do jasnej cholery! - krzyknęłam.
Po moim policzku powoli spłynęła pojedyncza łza. Bezsilnie
próbowałam przywrócić go do życia. Przy kolejnym wdechu
wdmuchiwanym w jego usta, poczułam czyjąś dłoń zaciskającą się
na moim nadgarstku. Odskoczyłam do tyłu przestraszona tym faktem.
Zachwiałam się i wpadłam do wody.
Następną rzeczą jaką
pamiętam była ciemność.