Był późny wieczór, gdy młoda
kobieta przedzierała się przez moczary, aby dostać się na
wrzosowisko. Swoją motorówką płynęła powoli, bez pośpiechu. W
powietrzu unosiła się gęsta mgła, która zasłaniała wszystko,
co znajdowało się przed jej łodzią. Było już dosyć chłodno,
więc dziewczyna narzuciła na siebie koc. Spojrzała na zegarek.
Było już grubo po pierwszej w nocy, a ona jest już lekko
spóźniona. Włączyła większe obroty w silniku. Przyśpieszyła i
była już blisko brzegu, lecz nagle silnik stanął, a jej łodzią
dość mocno zachwiało. Prawie wpadła do wody, ale w ostatniej
chwili zdążyła złapać się dłonią burty. Lekko przestraszona
pozbierała swoje rzeczy rozsypane po pokładzie. Zauważyła, że
brakuje jej torebki. Spojrzała w bok. Unosiła się ona na
powierzchni wody. Trzymając się brzegu łodzi wychyliła się za
niego i próbowała jej dosięgnąć. Bezskutecznie. Torebka
odpłynęła jeszcze dalej. Zanim zdążyła z powrotem bezpiecznie
znaleźć się w łodzi, nagle coś wciągnęło ją pod powierzchnię
moczar. Nie zdążyła nawet krzyknąć. Nie było już po niej
żadnego śladu.
~*~
Był już poranek, gdy zjawiłam się na Baker Street zmuszona do tego
telefonem od Mycrofta. Już od progu radośnie powitała mnie
gospodyni Sherlocka, pani Hudson. Była przemiłą staruszką z
dosyć... kolorową przeszłością.
- A
któż to? - powiedziała uradowana na widok szczeniaka śpiącego w
moich objęciach.
- A
to jest Boo. Mój przyjaciel – delikatnie pogłaskałam go po
głowie. - Nie miałam z kim zostawić, więc będzie mi dziś
towarzyszył.
- Och,
ale przecież możesz zostawić go u mnie! Nie mów nie. W końcu
będę miała kompana do wspólnych zabaw – puściła do mnie oko.
Zaśmiałam
się. Weszliśmy do holu. Z piętra dało się słyszeć
melancholijne granie na skrzypcach.
- To
Sherlock. Od dłuższego czasu jest jakiś nie swój.
Uśmiechnęłam
się do siebie. To pewnie przeze mnie – pomyślałam.
- Cóż,
dziękuję pani. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, to podrzucę do
pani Boo.
- Ależ
nie ma sprawy, kochanieńka! - pani Hudson przytuliła mnie.
Pożegnałam
się z nią i pobiegłam na górę. Weszłam do salonu. Sherlock stał
tyłem do mnie i grał jakąś smętną melodię na swoich skrzypcach.
- Co
cię trapi, detektywie? - zapytałam, siadając na fotelu naprzeciw
niego.
- Detektywie
konsultującym – burknął. - Nic mnie nie trapi.
Odwrócił
się do mnie przodem, odłożył skrzypce na biurko, po czym spojrzał
na Boo.
- Twój?
- Mój
– odpowiedziałam.
Podszedł
bliżej i delikatnie pogłaskał szczeniaka.
- Uroczy
– zamyślił się na moment. - Też kiedyś miałem psa.
- Wiem.
Spojrzał
na mnie zdziwiony.
- Skąd?
- Mam
swoje źródła – uśmiechnęłam się do niego.
On
usiadł naprzeciwko mnie i złożył ręce jak do modlitwy.
- Więc
– zaczął – masz szczeniaka, strzelasz jak prawdziwy
zawodowiec, mieszkasz sama, palisz, nie masz nikogo, jesteś
aspołeczna i nie masz przyjaciół. Kim ty jesteś.? - pochylił
się do przodu.
- Jestem
podobna do ciebie – powiedziałam, kładąc mu rękę na kolanie.
- Nikt
nie jest do mnie podobny.
- Uwierz,
zdziwiłbyś się. Jest wiele osób takich jak my.
- Oczywiście
– zerwał się z siedzenia i ruszył do okna.
Boo
przebudził się, więc postawiłam go na ziemię, aby mógł trochę
pozwiedzać. Ja uczyniłam to samo. Salon Sherlocka był dość
przytulny. Nie było w nim za dużo miejsca, ale nie był też
klaustrofobicznie urządzony. Wszędzie na podłodze były
porozrzucane różne książki. Na stole w kuchni stał zaś zestaw
laboratoryjny. A w lodówce pewnie trzyma ludzką głowę i oczy,
do eksperymentów – pomyślałam. Po chwili drzwi otworzyły
się, a do salonu wszedł niski mężczyzna.
- Och,
John. Co ty tu tak w ogóle robisz? - Sherlock podszedł do niego.
- Przyszedłem
w odwiedziny. O, a to kto? - spojrzał na mnie. - Czyżbyś-
- Nie
– Sherlock uciął mu w połowie zdania. - To Catie, nie łączy
nas nic, oprócz pracy.
- Wielki
Sherlock Holmes z kimś współpracuje! I to w dodatku kobieta.
Zaśmiałam
się. Podeszłam do niego i podałam mu rękę.
- Catie
– powiedziałam.
- John
– uśmiechnął się.
Za
nim do pokoju weszła równie niska blondynka. O boże...
- Och,
a to moja żona-
- Mary
– dokończyłam za niego.
Sherlock
i John wpatrywali się w siebie kompletnie zdziwieni zaistniałą
sytuacją.
- Wy
się znacie? - zapytał szatyn.
- Poznałyśmy
się – powiedziałam.
- Kiedyś
– dodała Mary.
- W
sklepie – dokończyłam.
- Tak
tak, w sklepie – Mary przytaknęła.
Młody
Holmes nie przestawał się we mnie wpatrywać. Był święcie
przekonany, że cokolwiek odczyta z mojej twarzy, lecz moja
mistrzowska pokerowa twarz niczego nie zdradziła. Staliśmy tak
chwilę w milczeniu. Boo podszedł do Sherlocka i oparł przednie
łapki o jego nogę, i zadziornie na niego szczeknął. Szatyn kucnął
i zaczął bawić się ze szczeniakiem. Wziął go na ręce i
przycupnął z nim na fotel. John westchnął i poszedł do kuchni.
Mary zmęczona staniem usiadła na kanapie.
- Polubił
cię – powiedziałam siadając koło fotela.
Boo
polizał Sherlocka po twarzy.
- Co?
- zapytał, próbując powstrzymać śmiech.
- Mówię,
że cię polubił. On jest wybredny jeśli chodzi o kontakty
międzyludzkie; zupełnie jak ja. W tym pokoju jest tyle osób, a on
podszedł właśnie do ciebie. To coś znaczy.
- Świat
jest zbyt leniwy na przypadki – powiedział, spoglądając w moje
oczy.
- Jesteś
po stronie aniołów, lecz nie jesteś jednym z nich. Zupełnie jak
ja.
Delikatnie
dotknęłam dłonią jego policzka. On błyskawicznie wstał z
fotela, położył na niego Boo, wziął skrzypce i podszedł do
okna. Znów zaczął grać smętną melodię, którą grał, gdy
wchodziłam na piętro. Już chciałam coś powiedzieć, lecz do
salonu wpadł wysoki i przystojny brunet z rozwianymi włosami.
- Lestrade,
czyżby nowa sprawa? - zapytał Holmes.
- Coś
idealnego dla ciebie – powiedział.
Brunet
spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Catie,
mam rację? - wyciągnął do mnie rękę.
- Dokładnie
– odwzajemniłam jego uśmiech i ścisnęłam jego dłoń.
- Jak
widzę mój braciszek już zdążył cię poinformować, że mamy
dodatkowy balast, Gavin.
- Greg.
Kiedy w końcu się nauczysz?
- Mniejsza
o to – odłożył skrzypce. - O co chodzi?
- Musisz
to zobaczyć osobiście. Trudno to... opisać.
~*~
Jazda
na miejsce zbrodni ciągnęła się niemiłosiernie długo. Boo
został z panią Hudson, gdyż pomimo szkolenia wciąż był za mały,
aby przebywać na jakimkolwiek miejscu zbrodni. Po kilku cholernie
długich godzinach jazdy byliśmy już na miejscu. Były to moczary
znajdujące się przed wrzosowiskami. Wsiedliśmy na łódź, a
Sherlock co chwilę nerwowo zerkał w telefon. Gdy w końcu
dopłynęliśmy do przeciwnego brzegu, naszym oczom ukazały się
rozległe pola pełne wrzosów. Był to naprawdę piękny widok.
Lestrade prowadził nas w głąb fioletowego morza kwiatów. Po
chwili przystanęliśmy.
- Rzeczywiście
Greg – zaczęłam. - to trudne do opisania.
Przed
nami leżały szczątki kobiety, a raczej to, co z nich zostało.
Poszłam dalej, w głąb miejsca zbrodni. Tuż przed czubkami moim
wojskowych butów leżało serce. Ktoś użył go jako popielniczki –
było w nim pełno niedopałków. Ubrałam lateksowe rękawiczki,
które podał mi Greg. Delikatnie wzięłam serce do ręki i
obróciłam je. Na lewej komorze za pomocą papierosów zostały
wypalone inicjały. Były to litery J i M.
świetny rozdział <3 czekam na więcej
OdpowiedzUsuńWywołujesz pytania na które nie znam odpowiedzi . A ponieważ nie lubie nie wiedzieć niecierpliwie czekam na kolejny rozdział :)
OdpowiedzUsuńKto pyta, nie błądzi ;)
UsuńBardzo fajny blog po przeczytaniu 2 rozdziałów nie mogę się doczekać co będzie dalej
OdpowiedzUsuńBardzo fajny blog po 2 rozdziałach nie mogę się doczekać co będzie dalej :)
OdpowiedzUsuń