Rozdział drugi: Ashtray Heart

        Był późny wieczór, gdy młoda kobieta przedzierała się przez moczary, aby dostać się na wrzosowisko. Swoją motorówką płynęła powoli, bez pośpiechu. W powietrzu unosiła się gęsta mgła, która zasłaniała wszystko, co znajdowało się przed jej łodzią. Było już dosyć chłodno, więc dziewczyna narzuciła na siebie koc. Spojrzała na zegarek. Było już grubo po pierwszej w nocy, a ona jest już lekko spóźniona. Włączyła większe obroty w silniku. Przyśpieszyła i była już blisko brzegu, lecz nagle silnik stanął, a jej łodzią dość mocno zachwiało. Prawie wpadła do wody, ale w ostatniej chwili zdążyła złapać się dłonią burty. Lekko przestraszona pozbierała swoje rzeczy rozsypane po pokładzie. Zauważyła, że brakuje jej torebki. Spojrzała w bok. Unosiła się ona na powierzchni wody. Trzymając się brzegu łodzi wychyliła się za niego i próbowała jej dosięgnąć. Bezskutecznie. Torebka odpłynęła jeszcze dalej. Zanim zdążyła z powrotem bezpiecznie znaleźć się w łodzi, nagle coś wciągnęło ją pod powierzchnię moczar. Nie zdążyła nawet krzyknąć. Nie było już po niej żadnego śladu.

~*~

        Był już poranek, gdy zjawiłam się na Baker Street zmuszona do tego telefonem od Mycrofta. Już od progu radośnie powitała mnie gospodyni Sherlocka, pani Hudson. Była przemiłą staruszką z dosyć... kolorową przeszłością.
   - A któż to? - powiedziała uradowana na widok szczeniaka śpiącego w moich objęciach.
   - A to jest Boo. Mój przyjaciel – delikatnie pogłaskałam go po głowie. - Nie miałam z kim zostawić, więc będzie mi dziś towarzyszył.
   - Och, ale przecież możesz zostawić go u mnie! Nie mów nie. W końcu będę miała kompana do wspólnych zabaw – puściła do mnie oko.
Zaśmiałam się. Weszliśmy do holu. Z piętra dało się słyszeć melancholijne granie na skrzypcach.
   - To Sherlock. Od dłuższego czasu jest jakiś nie swój.
Uśmiechnęłam się do siebie. To pewnie przeze mnie – pomyślałam.
   - Cóż, dziękuję pani. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, to podrzucę do pani Boo.
   - Ależ nie ma sprawy, kochanieńka! - pani Hudson przytuliła mnie.
Pożegnałam się z nią i pobiegłam na górę. Weszłam do salonu. Sherlock stał tyłem do mnie i grał jakąś smętną melodię na swoich skrzypcach.
   - Co cię trapi, detektywie? - zapytałam, siadając na fotelu naprzeciw niego.
   - Detektywie konsultującym – burknął. - Nic mnie nie trapi.
Odwrócił się do mnie przodem, odłożył skrzypce na biurko, po czym spojrzał na Boo.
   - Twój?
   - Mój – odpowiedziałam.
Podszedł bliżej i delikatnie pogłaskał szczeniaka.
   - Uroczy – zamyślił się na moment. - Też kiedyś miałem psa.
   - Wiem.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
   - Skąd?
   - Mam swoje źródła – uśmiechnęłam się do niego.
On usiadł naprzeciwko mnie i złożył ręce jak do modlitwy.
   - Więc – zaczął – masz szczeniaka, strzelasz jak prawdziwy zawodowiec, mieszkasz sama, palisz, nie masz nikogo, jesteś aspołeczna i nie masz przyjaciół. Kim ty jesteś.? - pochylił się do przodu.
   - Jestem podobna do ciebie – powiedziałam, kładąc mu rękę na kolanie.
   - Nikt nie jest do mnie podobny.
   - Uwierz, zdziwiłbyś się. Jest wiele osób takich jak my.
   - Oczywiście – zerwał się z siedzenia i ruszył do okna.
        Boo przebudził się, więc postawiłam go na ziemię, aby mógł trochę pozwiedzać. Ja uczyniłam to samo. Salon Sherlocka był dość przytulny. Nie było w nim za dużo miejsca, ale nie był też klaustrofobicznie urządzony. Wszędzie na podłodze były porozrzucane różne książki. Na stole w kuchni stał zaś zestaw laboratoryjny. A w lodówce pewnie trzyma ludzką głowę i oczy, do eksperymentów – pomyślałam. Po chwili drzwi otworzyły się, a do salonu wszedł niski mężczyzna.
   - Och, John. Co ty tu tak w ogóle robisz? - Sherlock podszedł do niego.
   - Przyszedłem w odwiedziny. O, a to kto? - spojrzał na mnie. - Czyżbyś-
   - Nie – Sherlock uciął mu w połowie zdania. - To Catie, nie łączy nas nic, oprócz pracy.
   - Wielki Sherlock Holmes z kimś współpracuje! I to w dodatku kobieta.
Zaśmiałam się. Podeszłam do niego i podałam mu rękę.
   - Catie – powiedziałam.
   - John – uśmiechnął się.
Za nim do pokoju weszła równie niska blondynka. O boże...
   - Och, a to moja żona-
   - Mary – dokończyłam za niego.
Sherlock i John wpatrywali się w siebie kompletnie zdziwieni zaistniałą sytuacją.
   - Wy się znacie? - zapytał szatyn.
   - Poznałyśmy się – powiedziałam.
   - Kiedyś – dodała Mary.
   - W sklepie – dokończyłam.
   - Tak tak, w sklepie – Mary przytaknęła.
Młody Holmes nie przestawał się we mnie wpatrywać. Był święcie przekonany, że cokolwiek odczyta z mojej twarzy, lecz moja mistrzowska pokerowa twarz niczego nie zdradziła. Staliśmy tak chwilę w milczeniu. Boo podszedł do Sherlocka i oparł przednie łapki o jego nogę, i zadziornie na niego szczeknął. Szatyn kucnął i zaczął bawić się ze szczeniakiem. Wziął go na ręce i przycupnął z nim na fotel. John westchnął i poszedł do kuchni. Mary zmęczona staniem usiadła na kanapie.
   - Polubił cię – powiedziałam siadając koło fotela.
Boo polizał Sherlocka po twarzy.
   - Co? - zapytał, próbując powstrzymać śmiech.
   - Mówię, że cię polubił. On jest wybredny jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie; zupełnie jak ja. W tym pokoju jest tyle osób, a on podszedł właśnie do ciebie. To coś znaczy.
   - Świat jest zbyt leniwy na przypadki – powiedział, spoglądając w moje oczy.
   - Jesteś po stronie aniołów, lecz nie jesteś jednym z nich. Zupełnie jak ja.
Delikatnie dotknęłam dłonią jego policzka. On błyskawicznie wstał z fotela, położył na niego Boo, wziął skrzypce i podszedł do okna. Znów zaczął grać smętną melodię, którą grał, gdy wchodziłam na piętro. Już chciałam coś powiedzieć, lecz do salonu wpadł wysoki i przystojny brunet z rozwianymi włosami.
   - Lestrade, czyżby nowa sprawa? - zapytał Holmes.
   - Coś idealnego dla ciebie – powiedział.
Brunet spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
   - Catie, mam rację? - wyciągnął do mnie rękę.
   - Dokładnie – odwzajemniłam jego uśmiech i ścisnęłam jego dłoń.
   - Jak widzę mój braciszek już zdążył cię poinformować, że mamy dodatkowy balast, Gavin.
   - Greg. Kiedy w końcu się nauczysz?
   - Mniejsza o to – odłożył skrzypce. - O co chodzi?
   - Musisz to zobaczyć osobiście. Trudno to... opisać.

~*~

        Jazda na miejsce zbrodni ciągnęła się niemiłosiernie długo. Boo został z panią Hudson, gdyż pomimo szkolenia wciąż był za mały, aby przebywać na jakimkolwiek miejscu zbrodni. Po kilku cholernie długich godzinach jazdy byliśmy już na miejscu. Były to moczary znajdujące się przed wrzosowiskami. Wsiedliśmy na łódź, a Sherlock co chwilę nerwowo zerkał w telefon. Gdy w końcu dopłynęliśmy do przeciwnego brzegu, naszym oczom ukazały się rozległe pola pełne wrzosów. Był to naprawdę piękny widok. Lestrade prowadził nas w głąb fioletowego morza kwiatów. Po chwili przystanęliśmy.
   - Rzeczywiście Greg – zaczęłam. - to trudne do opisania.
Przed nami leżały szczątki kobiety, a raczej to, co z nich zostało. Poszłam dalej, w głąb miejsca zbrodni. Tuż przed czubkami moim wojskowych butów leżało serce. Ktoś użył go jako popielniczki – było w nim pełno niedopałków. Ubrałam lateksowe rękawiczki, które podał mi Greg. Delikatnie wzięłam serce do ręki i obróciłam je. Na lewej komorze za pomocą papierosów zostały wypalone inicjały. Były to litery J i M.

5 komentarzy:

  1. świetny rozdział <3 czekam na więcej

    OdpowiedzUsuń
  2. Wywołujesz pytania na które nie znam odpowiedzi . A ponieważ nie lubie nie wiedzieć niecierpliwie czekam na kolejny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajny blog po przeczytaniu 2 rozdziałów nie mogę się doczekać co będzie dalej

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajny blog po 2 rozdziałach nie mogę się doczekać co będzie dalej :)

    OdpowiedzUsuń