Krople deszczu smętnie spływały po
szybie mieszkania na Baker Street. Sherlock wpatrywał się w widok
za oknem i grał na skrzypcach jakąś smutną melodię.
- Czy jej stan się poprawił? -
zapytał, nie odwracając się
Mycroft ciężko westchnął siadając
w fotelu.
- Czy stan Catie się poprawił? -
ponowił pytanie nie usłyszawszy odpowiedzi.
- Bracie – zaczął starszy Holmes
– wymawiasz jej imię z taką czułością jak gdyby była dla
ciebie całym światem. Kochasz ją? - na to pytanie skrzypce
młodego Holmesa zgrzytnęły wydając z siebie jakiś straszny
dźwięk.
- Pytasz mnie o miłość samemu jej
nigdy nie zaznawszy. Nie widzisz w tym szczypty hipokryzji? -
Sherlock wymachiwał przed twarzą brata smyczkiem.
- Braciszku... wiem o miłości
zdecydowanie więcej niż ty. Przecież dla ciebie miłość to
tylko-
- Zbiór reakcji chemicznych, wiem –
dokończył za brata szatyn.
Odłożył skrzypce i położył się
na kanapie, składając ręce jak do modlitwy i opierając je pod
brodą.
- Ona jest inna niż wszystkie... -
powiedział Sherlock.
- Och, oczywiście, że jest inna.
Jest przecież byłą żoną największego przestępcy jaki
kiedykolwiek grasował w tym kraju.
- NIE TO MIAŁEM NA MYŚLI! -
wrzasnął, zrywając się z kanapy. - Wyjdź, nie pozwalasz mi
myśleć.
Wręczył bratu jego parasol i wypchnął
go za drzwi zatrzaskując je za nim. Znów wziął do ręki skrzypce
i powrócił do grania smutnej melodii.
- Sherlock, nie możesz się tak
zadręczać – pani Hudson weszła do pokoju i postawiła na
stoliku tacę ze świeżo zaparzoną herbatą. - Jeśli ją kochasz,
to jej o tym powiedz.
- Ona jest w śpiączce... -
Sherlock przysiadł na swoim fotelu.
- Och... To dosyć skomplikowana
sytuacja – staruszka wzięła łyk herbaty w filiżanki. - I tak
warto spróbować, ludzie w śpiączce często-
Sherlock poderwał się z fotela,
pocałował panią Hudson w czoło, w pośpiechu złapał swój
płaszcz i wybiegł ze swojego mieszkania.
- Często słyszą, co się do nich
mówi – dokończyła pani Hudson, zabierając filiżankę i udając
się do kuchni.
~*~
Wciąż było ciemno, nie słyszałam już głosu Sherlocka. Pewnie uświadomił sobie, że jednak miłość nie istnieje, a ja... A ja jestem jedynie kolejną nic nieznaczącą osobą, którą spotkał na swojej drodze. Nawet jeśli go kocham, co już samo w sobie brzmi abstrakcyjne wypowiadane tylko w mojej głowie, to i tak nic nie znaczy. Przecież to tylko uczucia, nic nie warte gówno, które sprawia nam same przykrości. Ile oddałabym za to, żeby nigdy nie spotkać tego wielkiego Sherlocka Holmesa. Jak można w ogóle kochać kogoś takiego jak on?! Co ja w ogóle sobie myślałam...
- Catie...
Sherlock?!
- Lekarze
mówią, że już z tobą lepiej.
Taa, właśnie widzę to
„lepiej”... Młody Holmes
delikatnie złapał mnie za rękę.
- Chciałbym
móc spojrzeć w twoje oczy i powiedzieć ci to wszystko patrząc
prosto w nie – głośno przełknął ślinę – ale niestety nie
mogę. I to mnie dobija.
Holmes, co ty... w babę
się zamieniasz? Proszę cię...
- Ostatnio
powiedziałem Ci, że jesteś mi potrzebna do znalezienia Jima, ale
tak nie jest. Ostatnia nieprzespana noc uświadomiła mi, że
znaczysz dla mnie coś więcej. Nie wiem nic o miłości i miałem
nadzieję, że kiedyś nauczysz mnie o niej cokolwiek. Miałem
nadzieję, że... nauczysz mnie kochać. Nie rozumiem tego
wszystkiego, co się ze mną dzieje. Przyśpieszone tętno,
rozszerzone źrenice, brak apetytu, problemy ze snem. Nie mogę
skupić się na jakiejkolwiek sprawie, bo czekam z nadzieją na
wieść o tym, że się w końcu obudziłaś.
Sherlock, nie
wiedziałam...
- Catie,
ty płaczesz?! - poczułam jego dłoń delikatnie muskającą mój
policzek. - Doktorze, doktorze!
Skrzypnęły
drzwi, Sherlock wybiegł na korytarz i z jeszcze większym impetem
wpadł z powrotem do mojej sali.
- Tyyyy...
- Holmes prawie warczał.
Potem
rozległ się huk wystrzału...